22 kwi 2012

Od dawna chciałam tam usiąść i właśnie wczoraj postanowiłam udać się właśnie tam na spotkanie - do Columbus Coffee.
Przybyłam przed czasem (jak nie ja) , zasiadłam w moim wymarzonym miejscu z "oknem na świat", w miękkim, aksamitnym fotelu. I tak bardziej zapatrzona w miasto za szybą niż w książkę, popadałam w coraz głębszą melancholię. Z kubkiem karmelowego big  macchiato na ludwikowskim stoliku, poczułam jak się zestarzałam.
Tak dawno nie jechałam rozkołysanym tramwajem beztrosko zagubiona w czasie. Zatęskniłam za sobą z przed dziesięciu lat. I choć wiem, że trzeba iść dalej, to długą chwilę wśród ludzi za  kawiarnianą witryną szukałam siebie.

http://www.columbuscoffee.pl

19 kwi 2012

Wypadłam z rytmu. Znowu zawalam nocki, w dzień snuje się i odsypiam je w miarę możliwości, a potem znowu nie mogę zasnąć i tak w kółko. I w takie bezsenne noce romansuję sobie z lapkiem i nadrabiam zaległości serialowe, albo próbuje zmęczyć oczy książką. Wciągnęłam się w "Przepis na życie" i już od pierwszego sezonu uwielbiałam role Adamczyka i Ostaszewskiej. W ostatnim odcinku jak robił jajecznicę w domu Ani, jak opaskudził całą kuchenkę i te jego miny...sikałam...cudny jest! (kilka jego min)
I tak jak lubię na niego patrzeć w tym serialu, to też uwielbiam jego głos w utworze "Nie wiem".


Jeżeli macie ochotę na dobry i relaksujący film, polecam i to bardzo "Nietykalnych"

 Pozdrawiam :)

15 kwi 2012

skrawki

...na korkach i w szkole

- Hiacynto, a co to za bzdury są w twoim zeszycie? - robię groźna minę z przymrużonym okiem
- A bo pani kazała nam zrobić zadania i kolega z którym siedzę przez telefon sprawdził w necie i stamtąd spisaliśmy wynik.
- A co Ty masz w uchu? - zmieniam temat
- Wie pani co, tunel sobie robię.
Robię wielkie oczy i patrzę na jej ucho nadziewane kawałkiem ołówka i z ulgą rozpoczynam
- To teraz zakładamy twoje magiczne okulary, które zamienią te iksy na dwójki i obliczamy, startujemy - w ten sposób przechodzimy do obliczania wartości liczbowych wyrażeń algebraicznych.

Wiedziałam, że spisuję z netu zadania domowe a potem świecą oczami jak pytam , no ale co mają dzieciaki biedne zrobić, jak dla niektórych matematyka to ich zmora, kombinują jak mogą ;)
Ja jak zapomniałam,to na kolanie w toalecie szkolnej spisywałam. A teraz bez stresu, bez pospiechu klikamy z zadane.pl i praca domowa odrobiona.

Czytałam, że już w drugiej klasie szkoły podstawowej wychowawca wzywa rodziców, aby poinformować, że ich dzieci na FB wysyłają sobie zapytania o chodzenie. A ja mówię w gimnazjum młodzieży:  "Daj spokój Antoni, zaproś Maryśkę na herbatkę i ciacho" ( kiedyś powiedziałam na lody...ale chyba nie muszę już pisać jak chłopcy zareagowali, więc wymieniłam na ciacho ;) Teraz chyba zacznę mówić, napisz, że ją kochasz na "fejsie" ;)


I tak jak jestem  lekko z boku tego wszystkiego, fajki w  szkolnej toalecie, kizianie na przerwach, to śmieje się, ale za chwilę, będę miała takie panny  w domu i to sztuk 3...nie wiem jak ja to ogarnę??? :)

13 kwi 2012

z nieplanowania brak rozczarowania

Jutro już piątek. Ciekawa jestem kto cieszy się z tego faktu, wszyscy? :)
W święta przewiało mi krzyż i więcej leżałam niż chodziłam (ból okropny) a do tego przeziębienie mnie dopadło i w sumie cieszę się, bo pewnie jutro zaliczyłabym basen i aerobik, a przez choróbska jestem uziemiona.
Nawet boje się myśleć, jakie cuda mogłyby mnie tam spotkać13-nastego w piątek ...a przecież obiecałam trzymać fason ;) Za to z pewnością z fasonem trzymam w rękach czekoladę...od trzech dni mam czekoladowy napad, czytam z nią, pije kawę, podbieram dzieciom kinderczekoladki...oj wstyd...
Ale uwierzcie mi na wyjazd na przerwę świąteczną zabrałam ambitnie moje kijaszki, rolasy a tam co...nie dość, że mnie połamało, to jeszcze lało a jak nie lało, to następnego dnia obudziłam się zimą, a takie miałam plany...fju fju...i po planach, więc weekendu nie planuję...kropka.

7 kwi 2012

świątecznie

zdjęcie:net


 Kochani!
 Całą rodzinką życzymy spokojnych i zdrowych świąt. By znalazł się czas na zadumę, bliskość i dziecięcą radość.


5 kwi 2012

nieświatowy dinozaur czyli ciąg dalszy wysportowanej blond inteligencji ;)

Weszłam na basen, w kasie otrzymałam obręcz magnetyczną i tak musiałam ją przykładać: na wejściu, w szafkach, pod prysznicem. Byłam zachwycona,bo było dużo przebieralni, czyste sanitariaty. Naprawdę byłam zaskoczona jak to fajnie może być w naszym kochanym kraju i to jeszcze za 5 zł :) Weszłam na basen i zaniemówiłam...ten basen był naprawdę długi. Z racji, że pas z brzegu był zarezerwowany, musiałam przepłynąć na środkowy i tak z kilka minut stałam patrząc na koniec basenu, czy na pewno tam dopłynę, bo siara będzie, jak zawisnę w połowie na sznurze i będę dyszeć :) Jednak 50 m to stanowczo większa odległość niż 25m;) jednakże podjęłam  wyzwanie i wystartowałam -  w 30 minut zrobiłam 8 długości. Prawda, że jak na debiutujące słoniątko  to całkiem nieźle ;) Oczywiście przeważający styl to żabka i oczywiście z pyszczydłem nad wodą ;) Jakbym tam zaczęła machać kraulem ...nie, nie, to nie wypada tak zbezcześcić basen olimpijski :) 
zdjęcie z netu
Po basenie suszonko i jazda na "siłkę" cały czas z czasem nad głową, bo trzeba zdążyć do domu na odpowiednią godzinę. Parking wliczony w koszt basenu, podjeżdżam do szlabanu, wyciągam bilet dumna z siebie, że go nie zgubiłam, że nie szukam w panice a tam napis na parkometrze "przyłóż bilet". Przykładam tu i tam, nic nie działa. Za mną jedno auto, drugie a ja macham nad opuszczoną szybą biletem i przykładam w różne miejsca. "Spokojnie spokojnie, jak to robisz na innych parkingach?"....bingo...wkładam we wnękę i odblokowuję szlaban. Z tego szczęścia nie zauważyłam, że prawie całą drogę na siłownię przejechałam z otwartym oknem...a głowa świeżo wysuszona :(  Cholera, bo po co napisali przyłóż bilet a nie wsadź? :) Więc szast prast, zwarta i przewiana wpadam na salę, gdzie pełno osiłków paplających o odżywkach i masie. Na szczęście między dwiema paniami jedna bieżnia wolna . Jedna bardzo "slogi", prężna, smukła - okaz zdrowia i młodości, aż się zamarzyłam, jak to było, jak jako studentka chodziłam sobie na fitness (takie beztroskie życie, gdzie jeszcze wszystko było przede mną)...prrrr...wracam do rzeczywistości i zerkam na bieżnie z kobietą już doświadczoną. Truchtam  vis a vie morda w mordę z osiłkami wyciskającymi na machinach i nie mam zamiaru przyspieszyć, bo chyba zaleję się purpurą jak zobaczę  ich wzrok na moim dyndającym biuście, a uwierzcie, że u mnie stopień dyndania, jest bardzo wysoki ;) Trochę się zasapałam, naciskam stop, bieżnia ma się wyłączyć a ona nadal w lekkim ruchu. Ja staję, przełykam wodę i dosłownie jak na filmach, zjeżdżam na koniec i prawie spadam na podłogę.Kobieta doświadczona, reaguje z troską w głosie "o rany spokojnie". Laska "slogi" tłumi śmiech... a ja...idę na maszyny na uda i trzęsę się  również ze śmiechu. I pech chciał, że przed kolejnym osiłkiem rozkraczam się jak ta wrona, bo wypada teraz seria na uda wewnętrzne. Moja pierwsza myśl..."kurde, mam nadzieje, że nie mam dziury w kroku w leginsach".
Wracam do domu uchachana ze swojego zacofania i opowiadam mężowi, jak to fajnie wszystko na tym basenie zorganizowane, że nawet aby woda leciała pod prysznicem, to muszę przyłożyć pasek magnetyczny. No i co... mężul też w śmiech i mówi, kochanie, ale tam nie trzeba przykładać tego paska, prysznice są na dotyk...buchacha.
Rozpakowuję strój i coś mnie tknęło i zajrzałam w moje leginsy...i co, dziura na trzy palce, a ja byłam w stringach, mam nadzieję, że moja Jadwiga nie była ciekawa świata i nie wyskoczyła mi podczas ćwiczeń.

I tak to wypuścić zabieganą w codzienności kobietę na wolność...ale ja Wam jeszcze pokażę, jeszcze trochę a nie będę wyróżniać się z tłumu na fitnesie ;) a basen też już mam obcykany :)

wiosenne porządki

...jeszcze nie w szafie, nie w domu, ani  na działce...odświeżyłam blodżek :) Charakteru bloga nie zmieniam, nadal będę pisała o pierdołach i oprawiała je w swoje szklane trzecie oko :D
A jak mowa o porządkach i o pierdołach, to również robię porządek z moim skrzypiącym ciałem. Co się schylę, to nie mogę bez jęknięcia wrócić do pozycji wyjściowej ;) Tak więc basen, aerobic, rolasy weszły już w tryby mojej codzienności. Dumna jestem z siebie cholernie, bo już od X czasu marzyłam aby się zmobilizować do wysiłku fizycznego, a nie tylko auto i spacerek po schodach na drugie piętro.
A że dinozaur ze mnie straszny i to jeszcze nieświatowy, to czasami wyjść z podziwu nad swoja "blondynkowatością" wyjść nie mogę :D
Blisko pracy mam świeżo wybudowany olimpijski basen. Pewnego dnia wstałam wcześniej do pracy i w głowie ułożyła się myśl "nóżki masz ogolone, to marsz na basen". Spakowałam rzeczy do plecaka, spakowałam reklamówkę słoiczków i puszek na decoupage dla dzieci, spakowałam wałówkę mojej najmłodszej do niani, ubrałam siebie, najmłodszą i START.
Dwie reklamówki + moja torba wielka na ramię + reklamówka z brzdękającymi słoiczkami i to moje dziecię ze słowami "weź mnie na ręce"...co, ja nie dam rady dotrzeć tak w 15 minut do pracy? Nogi za pas i truchcik zaliczony wcale nie z lekkim obciążeniem.
Jedna światełka łyk wody, skrzyżowanko w lewo, niania już czeka, wystawiam dziecię, buziak, przytulenie, papa, buziaki, machanie....ziuuu. Znowu światła - rzęsy, zakrętas jeden drugi, jeszcze mam minut 3...UFF
Już powinnam zaliczyć to jako niezły "spalacz" kalorii ale nie nie, dziś po lekcjach idę na basen. Choć szkoda, że nie ma takiej dyscypliny sportowej, jak obładowana matka z tobołami galopująca do pracy ;)
Po zajęciach zadowolona, że nic nie zmąciło moich planów, podążyłam na basen.Oczywiście ominęłam wjazd na parking...no to myślę, już się gubię, a co będzie później...c.d.n.
żródło: net

P.S. Izi dziękuję bardzo za niespodziankę :*   Zaskoczyłaś mnie i to baarrrdzzzzoooo :)