28 lip 2012

opuszczam Szczecin



Nadszedł ten dzień,kiedy siedzę w pociągu i zostawiam za sobą miejsca,gdzie kształtowało się moje życie przez 12 lat.I nie wiem czy nie skłamię ale chyba były to najlepsze moje lata.Szalony czas studiów,miłości,przyjaźni,doświadczenia zawodowego,macierzyństwo,małżeństwo.Te wszystkie wspomnienia zabieram ze sobą,aby w trudnych chwilach balsamować się nimi.Mam nadzieję,że Warszawa nie jest na tyle odległa i nie wygra z kłebkami przyjaźni,które nawinęłam w Szczecinie.        

24 lip 2012

Majgull Axselsson "Dom Augusty"


Bardzo kobiecy świat marzeń, nadziei, macierzyństwa i miłości a przede wszystkim tajemnic.

23 lip 2012

skrawki z podróży

"Nie idź za mną, bo nie umiem prowadzić. Nie idź przede mną, 
bo mogę za Tobą nie nadążyć. 
Idź po prostu obok mnie i bądź moim przyjacielem."

Albert Camus


Myślałam, że podróżując nadgonię trochę półkę z nieprzeczytanymi książkami ale zapomniałam, jak szybko wtapiam się w krajobraz za oknem i rozmyślam o wszystkim i o niczym. 
W głowie zapadł mi jeden z obrazów. Starsza kobieta w dżinsach, w koszuli zawiązanej w pasie na kokardkę, makijażem i podkręconymi włosami wsiada do przedziału. Otwiera okno a za nim dwie w podobnym wieku kobiety. Zadbane, uśmiechnięte zaczynają między sobą świergotać. Najwyraźniej wspominają wspólny czas ze sobą, śmieją się. Każda z nich inna, pewnie z innymi doświadczeniami, innym charakterem ale są, stoją we trzy, za żadne skarby nie dają się przekonać tej w pociągu, że mają sobie już iść. Machają sobie na pożegnanie krzycząc "Pamiętaj, za tydzień jesteśmy u ciebie!". 
O takiej starości i przyjaźni marzę.


21 lip 2012

jeszcze w zawieszeniu

Wyjazd w poszukiwaniu mieszkania okazał się totalną klapą.
Dwa ogłoszenia z dnia na dzień stały się nieaktualne a jedno, na które byłam umówiona z pośrednikiem zostało przełożone, więc zostaliśmy na noc w W-wie. Co się okazało na drugi dzień, wszystko bardzo fajnie tylko mieszkanie wolne od 1 września i tekst: "Pan z biura nieruchomości nie poinformował państwa?" Niestety nie...wrrrr   Za taką obsługę mieliby oni dostać jeszcze ponad tysiaka od nas w łapę...Biurom nieruchomości od tej chwili mówię wielkie NIE.
Więc nadal szukamy mieszkania ale wyprowadzamy się 30 lipca...hehe...tylko nie wiemy gdzie :)

Kiedy nie miałam co ze sobą począć w czekaniu na mężula, wkroczyłam w ZŁOTE TARASY...i jest to kolejne miejsce, którego będę unikać. Masa ludzi, gwar i hałas.Byłam zmęczona po kwadransie. Siedzenie na kawie, to nie była przyjemność...czasem nawet trzeba było mieć szczęście, aby zająć dogodny stolik i zero WiFi (no może nie zero, bo w jednej kawiarni był sygnał tmobile i ery,co mnie nie dotyczyło :(
A że galopek wyruszał bladym świtem o 5 rano z Kołobrzegu zlekceważył makijaż. Więc w tym celu zrobiłam nalot na WC z tarasach, ale tam też ruch jak na Marszałkowskiej i już nie byłam taka śmiała jak z tą loko-suszarką na dworcu szczecińskim, oj nie:). Coś mnie przyblokowało :/ Schowałam się do kabiny, okrakiem dosiadłam toaletę i w panelu do spuszczania wody, zrobiłam sobie między innymi srebrne kreski na oko, a tak pod kolor tego panelu ;)
 A żeby było kolorowo, znowu natknęłam się na opóźnienie w drodze powrotnej, bagatela 2h...dobrze, że tym razem siedziałam w wagonie z książką i słodkim pocieszaczem :)

P.S. Wycieczki do Wawy bez męża są bardziej owocne ;)


16 lip 2012

galopek w wielkim świecie cz.2

Wieczór spędziłam na wspomnieniach przy świecach ( to pierwszy facet u którego widziałam tyle świec ) winie i albumie ze zdjęciami. I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie pościelono mi łózka pięknym, białym prześcieradłem. Rety jak ja się stresowałam z moją @. Jak ktoś ma takie cykle, że wie o to znaczy na noc włożyć sobie podpaski z przodu od pępka i z tyłu po sam krzyż :) to wie jakie katusze przeżywałam. Szczęśliwa rano wstaję z ulgą, że udało mi się nie narobić siary ale niestety, kiedy wstałam musiałam przeprać, wysuszyć i prasować i prasować...udało się :) Potem szybko szykowanie i bieg na autobus. Na mapie to niby 25 minut autem a autobusami ponad godzina...buuu. Zaryzykowałam i ubrałam wysoki obcas, aby ładnie wypaść. Na tramwajach zerka na mnie Syrenka. I jadę wśród apartamentowców, szklanych, wysokich...i płakać mi się chce i najchętniej chciałabym skopać tę Syrenkę :(  Ja tu nie pasuję...buu.

Dojeżdżam na właściwy przystanek, przemierzam kładkę...


Dosłownie kilka kroków i już jestem. Bardzo miła pani wita mnie i nawet nie zdążyłam się zestresować. Bardziej marzyłam o moim popołudniu w W-wie, o płaskich butkach i o wieczorze nad Wisłą.
I jak ona do mnie z tekstem, że ona podobnie tak jak ja, przeprowadzała się do Wawy i to z trójką dzieci, to co ja Wam będę pisać...bardzo miła rozmowa była :D  Powiedziała na koniec, że ma jeszcze kilka rozmów, że odpowie jutro. A ja wychodząc z budynku znalazłam jeden grosik...na szczęście :)

Do 17.00 miałam czas dla siebie - ruszam do centrum handlowego.  Pierwsze co, idę do toalety przebrać buty...i w całej toalecie nagle gaśnie światło.Czarno jak w du...chyba ;) Nasłuchuję, czy na zewnątrz nie słychać paniki, bo albo terroryści ataken, albo tornado zawiało...albo...trzeba było wyjść, by pobudzić czujkę  hihi :)

W płaskich człapakach zaliczyłam empik a tam komplet Kalicińskiej w promocyjnej cenie Lilka + Fikołki na trzepaku za 35zł a że z Lilka jeźziło pełno ludzi w Wawie, zakupiłam.
A potem koniecznie mój ukochany zestaw (Justynko wybacz, że tym razem bez Ciebie :*)


a potem 13.15 kino

Kiedy kupowałam bilet, miałam do wyboru miejsca całą salę. Więc siadam, wysypuje mi się pół popcornu, bo ja z torbą podręczną jak podróżna , z reklamówą książek (bo przecież w Szczecinie nie ma empiku i trzeba książki tachać z W-wy ;) ) siadam z gracją słonika :) Film bardzo polecam, bawiłam się nieźle i czułam się jak w domu. Śmiałam się na całą salę jak kobyłka, czasami chrząkając nosem , gdzieniegdzie rzucałam mały komentarz. Kiedy film się skończył nawet nie macie pojęcia jak mi było głupio...za tyłu na sali siedziało jeszcze kilka osób...a ja myślałam, że jestem sama :) No bo kto to widział aby do kina chodzić o 13.15...no kto???Powariowali i ludzie ;)

Wieczór na starym mieście i nad Wisłą i wtedy już łaskawiej zerkałam na ta Syrenkę...zdecydowanie tam jest mój mikro osobisty świat.




Nie potrafiłam sobie wyobrazić, jak ja mam żyć w Wawie bez ani jednej bratniej duszy.
Ale i tu mam farta.Na pogawędki o życiu, pstrykanie zdjęć zapisał się dawny dobry człowiek, nie znam drugiego takiego, który nie pielęgnował i nie cenił sobie tak przyjaźni jak on.
Nie wiem tylko czy da radę zastąpić mi  przyjaciółkę. W sumie świeczki ma, wino w lodówce stoi, maski sobie zakładamy ;) Kurde...tylko kawy nie pija :(


Nie wiem czy zaraz nie napisze, że zdjęcia mam natychmiast usuwać...no ale zbadam przynajmniej czy ma dystans do siebie...stawiam, że ma :) Kiedyś miał go tyle samo co ja :)

Na koniec kilka fotek z drogi powrotnej. Nie muszę chyba pisać, że nie pojechałam planowanym pociągiem :) Pani zadzwoniła, że miło ja powitać mnie w gronie pedagogicznym w nowym roku szkolnym i w podskokach jechałam składać papiery, a ta jazda po Wawie jest koszmarna!
W pociągu:
Pozostałości po Euro 2012


Patent na goły karczek, kiedy nie można znaleźć klamerki w torebce ;)



I naprawdę przyjemna lektura




Jutro powtórka z rozrywki. Tym razem z mężem robimy najazd w poszukiwaniu mieszkania... w sumie już dziś. Jak ktoś jeszcze może, trzymajcie kciuki :*

12 lip 2012

galopek w wielkim świecie cz.1

Kobiety kochane!

 Bardzo Wam dziękuję za fluidki. Przydały się !

 Wyjazd dla mnie był czymś więcej niż tylko poszukiwaniem pracy...Postaram się streścić, aby nie zanudzić.

Wyjazd planowałam na noc aby rano wyskoczyć w budzącą się Wa-wę i wyruszyć na Mokotów na rozmowę. A tu w sobotę, nie wiadomo skąd odzywa się na komórę przyjaciel z wcześniejszych lat, co u mnie słychać.Pamiętacie jak poniszczyłam swoją kartę sim? Wiele kontaktów nie dałam rady skompletować.Właśnie tą zgubą byłam podłamana, bo to mój super męski przyjaciel i w dodatku z Bemowa, gdzie zamierzamy osiąść. Już marzyłam o tym,aby natknąć się na niego w Biedronce a tu telefon.

I co Wam będę dalej pisać...nie jechałam żadnym nocnym. Mąż dał wolne na dwa dni z wielkim bólem ale też i zaufaniem, i tym sposobem mój najazd na stolicę, zrobił się małą wycieczkę w głąb szalonego galopka, galopka, który miał wielkie nadzieje pokochać choć odrobinę Warszawę, która go tak przerażała.

I tu zaczyna się część I - "najazd na stolyce"

Tradycyjnie w mokrych włosach, na ostatnią chwilę wsiadam w taxi i śmigam na stację.W drodze dzwonię do męża, aby sprawdził, z którego peronu odchodzi pociąg. Informacja zwrotna : "Skarbie ale ten pociąg odjeżdża 11:20 a nie 11:30". A tyle razy zerkałam w rozkład na necie i tam daje sobie rękę uciąć, że zawsze było, że od 11:30. Nie ma co się przejmować, mojego urlopu od codzienności nikt nie zepsuje, więc czekam na kolejny pociąg  ok: 12:50.Grzecznie kupuję bilet i potem niegrzecznie nie mogę wystać (chyba mam jakieś starcze ADHD ;) ) Poszłam do WC zapłaciłam 2,50 zł i podłączyłam sobie loko-suszarkę. Coś musiałam ze sobą zrobić :) Odkryłam jakie piękne zdjęcia robi mój "new" smartfon:




... i tak przetrwałam do Kutna w nieziemskim upale, z wiatrem we włosach i tututak tututak.

W Kutnie przesiadka i informacja...trurtutut będzie miał 70 minut opóźnienia...bagatela prawda???

Mąż już w necie sprawdza inne połączenia, busy, pks... LIPA! Muszę czekać...i tak sobie myślę, że może tym razem w szalecie na dworcu umyję sobie włosy ;) Z tego pomysłu odciągnęło mi pipanie komórki, która musiała posiedzieć trochę na kablu. Więc szukam gniazda i w holu głównym stoję na kablu z komórą i czekam, czekam sama nie wiem na co...a jednak...na coś czekałam. W kolejce do kasy rozpoznaje mojego kolegę z Kołobrzegu( rodzinnego miasta) macham, krzyczę, witamy się, szybka gadka skwitowana...wiesz co, ale mnie kumpel tu podrzucił, który właśnie jedzie autem do W-wy.
 I powiedzcie, czy ja nie mam więcej szczęścia od rozumu? ;) I wsiadam do pachnącego auta z klimą, ja czysta świeża po podróży koleją i po modelowaniu włosów w szalecie na dworcu...
Kierowca mojego kolegi myślałam, że jest podobnego  pokroju, więc zaczynam nadawać o tym i owym a tam odpowiedzi pół słówkiem...robi się drętwo.Rety!Jak to można jechać 1,5h i nie gadać...no jak??? Klima skręcona na maksa, aż strach się odezwać, że mi już pizga po szyi. Kiedy wysiada zapłacić za paliwo na stacji piszę do męża, jak moja jazda i że klima na maksa włączona a wyluzowany mąż odpisuje:
"Bo on chce, aby ci stanęły sutki jak w tej reklamie" :D  - rozchichotałam się na maksa i po cichaczu wyłączam po swojej stronie nawiew.

Chciałam ładnie jeszcze zagadać i pytam o Euro 2012, czy jako mieszkaniec W-wy zgadza się z tym co mówią w mediach, że niby taka dobra organizacja itp.- taki męski temat ;) myślałam, że sobie facet ulży i wreszcie się rozgada.
- Wiesz, ja obracam się w takim kręgu, że my teraz bardzo dużo pracujemy, to taki wiek w życiu, że teraz najwięcej można uzyskać w karierze a potem idziemy do swoich rodzin.My nie idziemy do miasta, do ludzi, nie mamy na to czasu.

Szczena mi opadła :( I jak potem jechałam autobusem wśród szklanych wielkich budowli, pod którymi w pełnych gajerkach i krawatach, w 30 stopniowym upale stali tacy i palili papierosy, to żal mi się tych ludzi zrobiło...łącznie z moim wybawcą na trasie Kutno - Wawa.

Dojechałam nową autostradą z ograniczeniem prędkości do 70 km/h ( to chyba w Polsce tylko takie są autostrady ) ...i tak powitałam Bemowo...zwane przez Kalicińską sypialnią warszawską.



Część druga nastąpi -  równie ciekawa, spojrzawszy na to, że w dzień wyjazdu dostałam @.

7 lip 2012

nadal czerwono i z nadziejami

ja: jakie piękne pole maków
mąż: pewnie chcesz żebym się zatrzymał?
ja: nie no coś ty
....
zatrzymał się a ja uchachana leżałam i pstrykałam :)







Jutro wybieram się do W-wy. Będzie to mój pierwszy raz po 15 latach :0 
Jadę poszukać siebie z tamtego okresu, do drogich mi ludzi, którzy taką mnie zapamiętali...
Nie jest to główny powód mojego najazdu na stolicę, bo jadę na rozmowę w sprawie pracy. 
Więc bardzo proszę trzymajcie kciukasy -  w poniedziałek po 10 -tej  słać fluidy na warszawski Mokotów :)


6 lip 2012

zaległości :)

Ile mnie nie było? :) ...z pewnością długo,bo jak przeglądam aparat aby powklejać jakieś fotki, to niezła ilość się napstrykała ;) Ale powybierałam i postaram się krótko nadrobić zaległości.

Oczywiście był wypad nad nasze ukochane morze, które niebawem będzie tak daleko...nie wiem jak ja to zniesę ;(



 Będę bardzo tęskniła...bardzo...bardzo...bardzo

Udało mi się nawet zrobić zdjęcie całej naszej trójeczki :)



A najmłodsza tylko by siedziała w piachu :)


Na 10 rocznicę ślubu mężulo zafundował nam przedłużony weekend w pałacyku. Niby miał cztery gwiazdencję, ale nie umywał się na przykład do czterogwiazdkowej kołobrzeskiej Arki. Taj jak ze wszystkim w Polsce tak i tu gwiazdka gwiazdce nie równa ;)

I tutaj jak przystało na blondasie miałam stracha....nawet nie pytajcie ile par butów spakowałam czy fatałaszków, co by wyglądać jak przystało na ****...hehehe Nasz wyjazd był wyjątkowy bo bez dzieci. Nie mogłam sobie wyobrazić, że przez trzy dni nie usłyszę słowa "mamusiu" :) I tak jak na początku czułam ulgę tak ostatniego dnia, żałowałam, że nie ma z nami dzieci :) Jak nic matka kwoka pełna parą :)
Czas na kilka fot:


Wystrój pałacyku starodawny, w drewnie...kochałam schodzić do sali kominkowej i słuchać jak skrzypi podłoga, jak miękko stukają moje obcasy. Uwielbiałam po śniadaniu zasiąść z mężem na barokowych sprężynowych fotelach i czytać książkę ( łóżka w pokoju też były mega sprężynowe ;) ). Jedzenie było przepyszne. Park i stawek wokół pałacu bardzo zadbany. Niestety nie dopisała nam pogoda i musieliśmy szukać sobie rozrywki np.połamałam pazury na kręglach. Totalny luz :)

Na terenie parku w koło pałacu grasowały ;) piękne pawie. Byłam w szoku jak przechodziłam a nade mną, na drzewie siedzi paw i wydziera się jak w niezłym horrorze...aż podskoczyłam. Nigdy nie widziałam pawia wysoko na gałęzi z dyndającym wielkim ogonem. Niestety nie uwieczniłam na zdjęciu ;(




O poranku pewna pawia pani zasiadła sobie na sąsiednim oknie i tez dawała koncert.Jeszcze bezczelnie się gapiła w obiektyw jak się wychyliłam z aparatem ;)



A tu  White Gentleman, podobno książe całego parku :) Piękny!


I zakończenie roku zdawało się, że przyszło nagle. Kwiatki, podziękowania, pożegnania...starałam się trzymać fason ale i tak się poryczałam.
Na zakończenie optymistyczny uśmiech mojego przedszkolaka, który w następnym roku wkroczy w mury szkolne.


...a ode mnie małe " pa pa" stópiskami ( bo numer czterdziecha jak ta lala) życząc soczystych wakacji....jak ta czerwień - mój ulubiony  kolor sezonu letniego.


P.S. Te wakacje będą bardzo nietypowe...koniecznie muszę sobie je umilić...chociażby kolorami :)

BUZIAKI DROGIE BLOGOWE SIS :-*