15 wrz 2012

Kocham Hołka !


Pewnie sobie wyobrażacie a inni wiedzą to z doświadczenia, że będąc nowym mieszkańcem stolicy, bez nawigacji lepiej do miasta autem się nie wybierać.
Kiedy mąż przed pozostawieniem mnie na 2 tygodnie w Wawie, rozpoczął kurs obsługi nawigacji, szanowna się rozklekotała… .Jak to baba wpadłam w panikę, że jak ja teraz mam jeździć z dziećmi do szkoły, do przedszkola i do pracy autem na drugi koniec Wawy. Łzy w oczach, wielkie i w dużych ilościach ku….. w powietrzu… wrrrrrr
A tu nagle dostaję smsa „wypróbuj bezpłatnie przez najbliższy tydzień nawigację w telefonie…trata tata”. Cieszyłam się jakbym wygrała szóstkę w totka :)
Trochę musiałam się poirytować, kiedy nadrabiałam kupę kilometrasów, bo komenda trzymaj się lewego pasa była skrętem 90 stopni i galopek pojechał dalej. Nawet pewnego dnia, dojechał  aż do Łomianek :(
Już doszłam do ładu z tą panią z „nawi” i już coraz lepiej się rozumiemy. Ale co zrobić kiedy nagle nawigacja nie może złapać sygnału GPS??? …trzeba jechać na czuja :) Jakby ktoś chciał wybrać tu opcję, spojrzeć na mapę, odpada ;) Mapy galopciaczka nie raczyła zabrać ;)
Więc wszelakie zjazdy, zajęcie prawidłowego pasa na sześciu pasmowej jezdni ( pierwszy raz tu takową jeżdżę :) ) i kojarzenie budynków, które zlewały mi się w jedno i to samo ( w Warszawę ;) ) było mega stresujące. Kiedy prawidłowo zajęłam pas i zjechałam w rozpoznawany przez siebie zjazd, oj jaka byłam z siebie dumna!!!
 Fajnie by było gdybym mogła tak powiedzieć po dotarciu do domu :(  Jakiegoś  kolejnego skrętu  nie skojarzyłam i wyjechałam poza miasto… bez „nawi”, bez mapy, z ostatkami paliwa w baku i stresem czy zdążę po córki do placówek. I co??? No i ryk. Dosłownie jechałam i wyłam. Kiedy już mogłam się zatrzymać, stanęłam i z tym rykiem i paniką zadzwoniłam do męża. Miałam dosyć być dzielną, samodzielną, odważną …wszystko we mnie pękło, więc trochę sobie powyłam ;) Mąż oświecił mnie, żebym spróbowała odpalić starą nawigacje, może załapie sygnał i mnie poprowadzi. Wszystko wstukałam,  udało się jej załadować mapę i nagle słyszę ten głos „Witam Krzysztof Hołowczyc, poprowadzę cię do celu”. Dziewczyny jak ja go pokochałam za te słowa!!! Jak ta wariatka krzyknęłam z nadzieją „prowadź Hołek, prowadź !!!” :) I jak się pewnie domyślacie, Hołek mnie uratował…  i to nie ten jeden, jedyny raz :) Od tej pory obiecałam mężowi, że nigdy nie będę narzekała, że ma zmienić głos w nawigacji. Kocham Hołka !!!
 Po tych wszystkich perypetiach, spalonych niepotrzebnie litrów paliwa, wreszcie wiem jak dojechać z  placówek, a także z pracy do dom. WOW! Czyżbym słyszała brawa??? ;)
Dróg do domu jest wiele, więc pewnie jeszcze trochę pobłądzę ale już z mapą w aucie w razie „w”.




...a prawie takie zdziwienie kiedyś zapanowało w moim aucie, bo nawi poprowadziła mnie przez centrum...niby rekomendowana trasa ;) A ja przejeżdżam koło Pałacy Kultury, Grobu Nieznanego Żołnierza... i doznaje szoku "rety ja naprawdę mieszkam w Warszawie" :)

Może kiedyś się ziści moje marzenie i czymś takim będę śmigać ulicami. Śmigać to chyba za wiele powiedziane/napisane ;)


Miłego, weekendowego odpoczynku babeczki!

P.S. Dziękuję, że tu zaglądacie, pomimo,że z braku czasu tak mało udzielam się na innych blogach :*

9 wrz 2012

niedzielnie o moich przygodach z ZTM

 Jak mi dobrze...wypoczęta, słonko za oknem i z pyszną kawką. Wczoraj zakupiłam oto specyfik i stwierdzam, że bardzo smaczna...mniam.


Dziś zarzuciłam hasło ZOO...ale radocha w domu. Obym tylko dojechała ;) w razie czego pojadę na Gdańsk...tam przecież też jest ZOO  ;)))

Tak jak w temacie dziś będzie o moich wojażach komunikacją  miejską. Ciekawe czy będzie Wam się chciało czytać...ryzykuję :)

 Kiedy wpadałam do W-wy w celach organizacji naszego przyszłego życia z otwartą buzią siedziałam i obserwowałam pewną licealistkę, która odebrała telefon.

"Słuchaj to o której? Nie mi się nie opłaca tam. Poczekaj, o 7:00 wsiądę w 109, o 7:24 będę na Politechnika Metro.Stamtąd o 7:30 mam na Kujawską tramwaj 26 i będę na Sikorskiego o 7:56. A potem już wsiądę w 131 i na miejscu będę w sam raz o 8:30. To mi się bardziej opłaca..."

Zdawało mi się jakby dziewczyna miała w swej wyobraźni super plan połączeń i w trymiga zaplanowała swoją podróż, łącznie z planowanym czasem podróży. Ja już chyba tego nie ogarnę :)
Oczywiście numery, przystanki i godziny strzelałam, bo ja jedynie zapamiętałam z tego, że coś działo się w okolicach 7 i w roli głównej było metro :)
Zdecydowanie ja jestem skazana na swoje własne notatki połączeń :)

Wiem, wiem...bazgroły straszne, ale ja wszystko kumam :)

Jeżeli ktoś czyta ze zrozumieniem moje wpisy albo zna mnie osobiście, wie już, że mam problemy ze zdążeniem wszędzie na czas. Zawsze moje wyjścia z domu są na ostatnia chwilę...wiem, wiem, nieładnie :(
Może właśnie wielkie miasto, ZTM i prawie godzinna podróż do pracy pogoni tę wadę...kiepsko to widzę ale nadzieję mam ;) Bliscy widzą to cienko i tylko śmieją się pod nosem...hehe

Moje pierwsze przemieszczania się komunikacją miejską.

Początek roku szkolnego. Pani Madzia kupuje sobie wysoki bucik, co by zrobić pozytywne wrażenie.


Wciska się w wyszczuplające majtasy po pachy (oszczędzę Wam zdjęć ;o ), sukieneczka, torebeczka i już ma wybiec na przystanek i w ostatniej chwili chowa do niej balerinki. Kiedy doszłam na przystanek tramwajowy już zatęskniłam za jazdą autem...moje stópiska...ło matko!!!
Mam to gdzieś staję wśród ludzi, wyciągam baletki i bez pardonu przebieram butki...ufff


I kiedy nawet jeszcze nie wsiadłam pojawiła się pierwsza myśl stratega codziennych podróży - wygodne, dyżurne buty, pasujące do wszystkiego zakupić koniecznie !

Pamiętacie jak pisałam, że chyba nie będę się odchudzać, bo przynajmniej w tramwaju mogę bez skrępowania siedzieć i nie stresować się, że nie ustąpię miejsca starszej osobie,bo niby w ciąży?

Gacie wyszczuplające podziałały...nikt nie ustąpił mi miejsca :) W pewnym momencie pomyślałam "to chyba niedobrze ciężko mi tak stać i stać ;)" , więc kiedy się przesiadałam zdjęłam je na przystanku jak te buty :)

 .......

Żartuję z tymi gaciami...ale miałam na to wielką ochotę, uwierzcie :)

Do widoku za szyba tramwajową gratis dostałam koncert podwórkowego akordeonisty :)W pierwszej chwili myślałam, że to akcja z okazji 1 września, albo antystresowa kampania po wakacjach, aby łagodniej wracało się po przerwie do pracy..hehe. Pan kulturalnie na koniec przebiegł z wieczkiem od kremu nivea i wypadł na szybki koncert do następnego wagonu :)

A z przesiadkami to też różnie. No bo w rozpisce np. mam takie przystanki GUS 01, GUS 02,GUS 03, GUS 04, GUS 05.... Więc jak przesiadam się np. na GUS 01 w pojazd z GUS 05, to mniemam, że jest w zasięgu mego wzroku. Wysiadłam pierwszy raz i rozglądam się a tam pełno przejść podziemnych, wielkie skrzyżowanie i teraz biegaj sobie kobieto i szukaj jak w głowie cyka ci, czy oby zdążysz do pracy na czas. Nie biegam  tylko koniec języka za przewodnika. I co się okazało, że mogłabym sobie biegać jak ta sierota, bo przystanek okazał się istnieć tak jakby w przejściu podziemnym. W życiu bym na to nie wpadła :)

I nie ma to jak jechać niby z zapasem czasu a tu czeka się 15 minut na kolejny autobus i z zapasu robi się na styk. Teraz już mam rozpiskę awaryjnych tras dojazdów...wszystkiego człowiek się uczy, doświadcza i zmienia zdanie. Na przykład w Szczecinie jak miałam jechać komunikacją miejską to była to ostateczność.
Tu w Wawie kiedy wyszukiwałam połączeń, szukałam takiego bez przesiadek, co z tego że 20 minut dłużej. A teraz...nawet 3 przesiadki mnie nie przerażają, oby szybko do celu :)

Na koniec wklejam ponownie zdjęcie z jednej z wielu kładek na Mokotowie. Zawsze przechodzę przez nią i patrzę z wysoka. W głowie mam moment jak szłam na rozmowę o pracę i z wielką niewiadomą co będzie dalej zrobiłam zdjęcie. Teraz patrzę w tą samą przestrzeń z pewnością, uśmiechem... witaj Warszawo, bez strachu, obawy i rozczarowania.




Słonecznej niedzieli :*

8 wrz 2012

moja Warszawa + prośba



...tak, to miasto którego tak się obawiałam stało się moim domem, domem który pokochałam. Każdego dnia chłonę to miasto.Nie potrafię skupić się na lekturze jadąc tramwajem do pracy...po prostu rozglądam się i obserwuję życie tego dużego miasta.
Z początku myślałam, że będę malutka w tym tłumie,zamknę się w czterech ścianach i będę żałowała decyzji o przeprowadzce.
Wierzycie w pierwsze odczucia??? Kiedy weszłam do naszego nowego mieszkania otoczonego zielenią, przy dużym placu zabaw dla dziewczynek poczułam, że to jest moje miejsce. W każdym niemal mijających dni doświadczam tutaj od życia wiele dobrego.


Obawiałam się, że córki bardzo przeżyją  nowe placówki a one weszły w ten tryb jak w masełko. Oliwia już na drugi dzień wstała jak skowronek i rozemocjonowana dopytywała się, kiedy jedziemy do szkoły, bo nie może doczekać się spotkania z nowymi koleżankami. Maja w zerówce dumnie przynosi pieczątki słoneczka, chwali się pustą śniadaniówką i dzielnie dba o swoją wyprawkę. Julia dzielnie śmiga do przedszkola. A ja z pracy również zadowolona. Jest to pierwsza szkoła w mojej karierze, w której wszystko jest tak jak trzeba, bez ściemy, wszystko na tip top, do tego sympatyczna i zaangażowana w pracę z dziećmi kadra pedagogiczna.
Jedyny minus tego wszystkiego to komunikacja miejska i jazda autem, której jeszcze nie mam opanowanej i dostaję szału jak nie skręcam w uliczkę, którą nie trzeba i wyjeżdżam poza miasto...ale o tym pewnie jeszcze nie raz :)

Nie wiedziałam, że tak szybko to napiszę ale uwielbiam Wawkę :)

A teraz prośba :) 
 Zaraziłam się białymi ramkami i nie mogłabym jej  nie kupić  w Ikei. Nie mam jednak pomysłu na tekst do niej. Mam kilka ulubionych sentencji ale potrzebuję świeżego powiewu. Ramka wisi w kuchni, jeżeli kogoś to natchnie proszę o propozycję w komentarzach.




P.S. Długo tu nie pisałam choć w głowie w tramwaju powstawało wiele postów...mam nadzieje, że niektóre z nich sukcesywnie będę zapisywać. Oj jak ja bym chciała mieć twardy dysk, który rejestruje moje przemyślenia a potem tylko edit w domu i na blodżka :)


Miłego weekendu Kobiety !