11 paź 2013

3 w 1 czyli zaległości w wyzwaniu u Uli

Zabiegana spóźnialska, więc dzisiaj mix

ULUBIONY GADŻET... w moim przypadku to są gadżety z Ikea...po protu kocham :) ich funkcjonalność, kolory, prostotę.




ŻÓŁTY -  plan lekcji naszej córki, moje żółte karteczki "przypominacze" o rzeczach oczywistych ale bardzo ważnych i kartonowa literka E z napisu EAT.




CHODZI ZA MNĄ ...  czas, cały czas czuję go na plecach, pogania mnie, mobilizuje, stawia na baczność.


Dziś piątek!!!! :)))))
 Jeszcze pewnie kilka godzin i większość rozpocznie weekend....a ma być bardzo słoneczny.

Pozdrawiam ♥

8 paź 2013

2 rzeczy - drugi dzień wyzwania


Dwie rzeczy:

spacery z rozmową
upadki i wzloty
opiekuńczość i szaleństwo
przyjaciel i rodzic
nasz ukochany turkus i wygodne trampki :)

t w o j a s ł a b o ś ć - 1 dzień wyzwania u Uli




Tak, mam do nich wielką słabość :) Po przeprowadzce zdałam sobie sprawę, że w każdym z czterech pokoi znajduje się mała lub większa biblioteczka. Ba! Nawet mąż ma swoją półkę w wc na książkę ;)
Uwielbiam wizyty w bibliotece, zawsze to dla mnie wyjątkowa chwila.
Kiedy mam padolinę lubię zaszaleć i pochodzić w księgarni między półkami i kupić niezaplanowany tytuł.
Kiedy bywam w czyimś domu, bardzo ciężko mi się oprzeć, aby nie dotknąć półki z książkami, nie przekartkować kilku sztuk :)
Lubię kiedy leżą przy łóżku, niczym  balsam przed snem.
Wiele z nich czeka na mojej półce w kolejce na odpowiedni czas i nastrój.
Na wiele z nich zerkam z sentymentem.
 Zdecydowanie ciężko mi jest się im oprzeć :)

   * * *
Co do samego tematu, jestem ciekawa czy potraficie przyznawać się do swoich słabości? Czy potraficie o nich rozmawiać? Czy potraficie z nimi żyć świadomie? Im dłużej żyję, tym wydaje mi się, że teraz trzeba być tylko silnym i odważnym, a przyznawanie się do swoich słabości to tak jakby strzelać sobie po nogach. Ja jeszcze z tych, co strzelają sobie po stopach ;)

P.S. Śmiało o swoich słabościach opowiadają u Uli

6 paź 2013

lubię swoją pracę


Zainspirowana hasłem u MAŁEJ MI postanowiłam nie pisać komentarza a napisać kilka zdań u siebie.
Nigdy nie chciałam, by moja praca była koniecznością. Swoją pracę rozpoczynałam pełna ideałów. Kiedy zderzyłam się z rzeczywistością, zdałam sobie sprawę, że pewnych rzeczy nie przeskoczę i odpuściłam sobie. Miałam/mam przyjemność współpracować z osobami, które każdego dnia, przed rozpoczęciem pracy jęczały, że znowu do pracy, że znowu te dzieciaki itp. Obiecałam sobie, że jeżeli nie będę musiała tkwić w takiej sytuacji, to nie będę się na to godzić. Nie chcę się męczyć a tym samym męczyć moich uczniów, męczyć moich bliskich i rodziny. Taka toksyna bardzo szybko się rozprzestrzenia! Nie wyobrażam sobie, aby przez naście lat albo dziesiątki,wstawać i każdego poranka jęczeć, że muszę iść do pracy. Owszem, takie dni zdarzają się, ale NIE codziennie!!! Nie chciałabym, aby tak się stało.

źródło:http://szkola-sukcesu.eu/

Więc TAK, lubię swoją pracę.
Realizuję się w niej, nakręcam pozytywnie.
Dzieciaki są tak szczere w swoich komentarzach czy mimice i postawie, że rozpoznaję kiedy zajęcia były udane a kiedy muszę coś poprawić.
Uwielbiam głosik za plecami,gdy dziecko z wielką radością wita mnie na korytarzu.
Łechce mnie bardzo wiadomość od rodzica, że słaby uczeń odniósł sukces na lekcji i cały dzień w domu chodził dumny jak paw.
Lubię, kiedy jako sroga Pani, puszczam do dzieci oko a one wtedy się uśmiechają jak na zawołanie :)
Oczywiście, że są rzeczy, których nienawidzę wręcz ale dziś hasło przewodnie wpisu nie takie :)

I jak to piszę, to wychodzi cała prawda.
Po pierwsze -  te dzieci są cały czas moją zawodową radością, co świadczy o tym, że nie popadłam w rutynę, że nie traktuję lekcji, jako tematu do wyłożenia i potem trzaskami drzwiami szkoły. To duży plus. Sama sobie zaplusowałam:)

Druga rzecz, do której właśnie teraz dotarłam... moje zadowolenie z pracy ma źródłu w tym, że otrzymuję informacje zwrotną od uczniów. Wiem bez obwijania w bawełnę, kiedy nawaliłam a kiedy odniosłam sukces. I tego właśnie brakuję naszym pracodawcom. Nie informują nas tak bezpośrednio o naszych osiągnięciach, zarazem tych dobrych, jak  i złych. Nie tylko premia działa motywująco.
Są też słowa!...zresztą i z premiami krucho ;(

Wracając do tematu, za co lubię swoją pracę?

  • Moja praca powoduje,że jestem w ruchu...nie wytrzymałabym za biurkiem z dokumentami.
  • Łobuzy, wszelkie leniwce i megamózgi pozwalają mi wykazać się kreatywnością ;)
  • Każdy dzień  jest inny.
  • Jestem wśród ludzi....różnych ludzi a to rozwija, poszerza horyzonty. Poznaję rozmaite spojrzenia na ten świat, często inspirujące.
  • Najważniejsze, uczę się akceptacji, wyrozumiałości od współpracowników, dzieci i ich rodziców. 

Pozdrawiam i zmykam do kartkówek. Z okazji niedzieli wstawiam same piątki ;)

5 paź 2013

o moim nowym miejscu na ziemii

Słoneczna, piękna i leniwa sobota :)
Obiecałam sobie, że będę pisać częściej, małe zdjęcie, cytat, kilka myśli pozostawionych...hm...ciężko u mnie z systematycznością :(
 Jednakże brak mnie w blogosferze świadczy o tym, że dużo się u mnie dzieje albo odsypiam zarwaną noc :) Niestety nocne marki tak mają ;)

Nie pisałam jeszcze jak wiele zmian z tym rokiem szkolnym nam towarzyszy. Nowe miejsce zamieszkania, nowe własne mieszkanie, nowe placówki dla dzieci, nowa praca. I tak jak w październiku już zawsze wpadałam w swoją rutynę, tak nadal jeszcze wszystkiego nie ogarniam. Więc w najbliższym okresie będzie tu trochę chaotycznie. Dziś o tym gdzie jesteśmy, gdzie od nowa układamy swoje rodzinne  i zawodowe życie.

Wiele osób pamiętam śledziło moje zapiski, jak przeprowadziłam się do stolicy. To był bardzo aktywny rok, zafundowaliśmy sobie porządne doświadczenia :)

Kiedy ktoś nie mieszkał w Warszawie, nie zdaje sobie sprawy jakie to specyficzne miasto i życie w nim. Ale także osoby, które mieszkają i wychowywali się stolicy, nie mają pojęcia jak inne życie jest w mniejszych miastach.
Kiedy warszawiak narzeka na stan dróg, to nie wiem co by powiedział, gdyby zobaczył drogi w Sz-nie :) Kiedy pani Minister dziwi się,że rodzice przesadzają mówiąc w debacie o sześciolatku w szkole, że jak to możliwe, że rodzice muszą papier zakupować do toalet i że dzieci nie są w stanie na nią usiąść,bo są za wysokie itp. Niech ta Pani Minister odwiedzi takie właśnie szkoły i uwierzy.
Kiedy w książkach czytałam o wyścigu szczurów w korporacjach...dla mnie był to absurd. Mieszkając w stolicy w moment wszystko pojęłam o czym pisali :)

 I tak mieszkając rok w stolicy zastanawiałam się, czym się kieruję człowiek, aby z własnej woli  tam zapuścić swoje korzenie i tkwić w tym kołowrotku.

My postanowiliśmy stamtąd spadać :)
Mieliśmy taką możliwość, choć zakochałam się w Warszawie...bardzo szybko.
Nie lubię szybkiego tam życia, wszelkich korków, dojazdów godzinnych, kolejek, ścisku w transporcie miejskim, ale to KOCHAM JĄ za różnorodność. W każdej chwili, kiedy tylko masz czas można coś ciekawego zorganizować.

Teraz jesteśmy na tzw. jej satelicie albo jak to inni nazywają w jej sypialni :)
Cieszę, się, że na weekend mamy stolicę na wyciągnięcie ręki, dosłownie 30 min autem, bądź kolejką miejską.
Za to w tygodniu w 5 minut robię zakupy w pobliskich sklepikach. Kiedy dziecko potrzebuje zeszyt 3 minuty i w papierniczym kupuję, to co potrzeba. Idę na spacer do pasmanterii. Jedna z córek na piechotę wraca ze szkoły, podwiezienie dzieci rano to kwestia 6 minut.
Zauważyliście? Tak chodzimy a nie jeździmy. A jak jeździmy to 5 -10 minut a nie 1 godzinę :)
Byłam w pewnym momencie przerażona, że moja czwartoklasistka nie potrafi samodzielnie przejść przez ulicę, bo wszędzie gdzie się ruszaliśmy to tyłek w auto i jazda.

Jednak bardzo brakuje mi tu swoich miejsc, swoich ścieżek. Zaczynam dopiero je wydeptywać.

Tymczasem w moim mieszkaniu, kiedy są pootwierane okna i sąsiedzi już śpią, słyszę z oddali
"Di dong, na peron drugi wjeżdża pociąg z..."



Często chadzam po czerwonym dywanie ;)



  Często ów dywan jest bardzo gościnny...gościnny po polsku ;)


A kiedy wychodzę do pracy czuję się jak na spacerze w Pojezierzu Drawskim...same żurawie ;)