19 lut 2015

Odrabianie lekcji - obowiązek dziecka, wspólna nauka czy zniechęcenie i płacz?

Po przeczytaniu wpisu z bloga Nishki pt. "Nie odrabiam z dzieckiem lekcji", została mi w głowie myśl: nauka i obowiązki szkolne dziecka, to jego sprawa, nie wtrącam się, dziecko musi uczyć się samodzielności.
Nie wiem czy taki był zamiar autorki tekstu, ale tak go właśnie odebrałam i nie potrafiłam przejść obok niego obojętnie jako rodzic i jako nauczyciel. 



Rodzice na ocenę celującą

   Domyślam się, że chodziło autorce o zaapelowanie do rodziców nadgorliwych, którzy piszą za dzieci wypracowania, odrabiają lekcje, czy wykonują prace plastyczne, po trochu czują się jak ten uczeń w ławce, a zła ocena dziecka powoduje palpitację serca ;) Do tego nie daj Boże, wypadło gorzej niż dziecko koleżanki z pracy bądź sąsiadki  - to już dramat. 
   Tacy rodzice to nasza zmora ( nauczycieli, choć myślę, że też  rodziców). 
Nie raz męczymy się z oceną pracy takiego dziecka, bo dziecko przeżywa  ocenę, a tak naprawdę, to nie jego wina. To nie ono powinno ponosić konsekwencje za swoich rodziców.  A już wysłuchiwanie na korytarzach komentarzy rodziców, na temat jak to niesprawiedliwie oceniliśmy pracę, pomijam ;) Trzeba uzbroić się w uśmiech, powiedzieć „tak, tak” i iść dalej nie przenosząc złych emocji na ucznia. Jedynie dziecko można uwrażliwić, aby pracę wykonywał samodzielnie, choć  nie zawsze ma ono siłę przebicia z chęcią zdobywania sukcesów jego rodziców. Często lepiej dogadujemy się z takimi dziećmi, niż z jego rodzicami. A rodzice nie znoszą, jak namolnie inny rodzic non stop porównuje jego dziecko do swojego, nie wspomnę jak odbija się to na relacjach dzieci.






Rodzice, którzy cieszą się z " 3-" swojego dziecka

 W swoim tekście autorka wspomniała, że ma córki o wysokiej średniej. Nie wszystkie dzieci są takie, którym nauka przychodzi łatwo i sama w sobie jest czymś cennym i motywującym. Ja mam dwie córki w wieku szkolnym. Jedna nad wyraz ambitna, druga totalne przeciwieństwo z zaburzeniem koncentracji i dysleksją. I nie będę tu się bardzo rozpisywać, bo to temat na kolejne długie wpisy. Dla każdej z nich jestem innym rodzicem, do tego popełniam masę błędów i cały czas się uczę, jak sobie z tym radzić i nie zwariować, i aby nie zwariowała cała rodzina.
   Rodzic dziecka dysfunkcyjnego, wie z czym się to wiążę i na tekst Nishki  popatrzy z zazdrością. Nie zazdrością o średnią dzieci, jakie to one są cudowne, a o wolny czas, o brak spięć między członkami rodziny, o wspólny czas z dziećmi bez płaszcza pod hasłem „szkoła”.
Dla takich rodziców ferie czy wakacje, to raj. Piszę to nie tylko z własnego doświadczenia, ale również z  doświadczenia innych rodziców, których staram się wspierać w mojej pracy.



Różne typy rodziców dzieci dysfunkcyjnych

    Wśród rodziców dzieci dysfunkcyjnych, też są różne typy. Jeden z nich to właśnie taki z tekstu Nishki, szkoła to dzieciaka sprawa, ma się uczyć samodzielności, ja nie będę z dzieciakiem wiecznie siedzieć, robić lekcji i pilnować jego obowiązków szkolnych. I to jest tragedia dla takich dzieci.
Dlatego tekst Nishki  tak mocno we mnie uderzył.
   Dziecko dysfunkcyjne, bez mądrego wsparcia rodziców, bez motywacji z ich strony, bez akceptacji jego słabości, bez zainteresowania, zginie w środowisku szkolnym. A zginąć w szkole to znaczy , być wytykanym i wyśmiewanym przez innych, dziecko ma totalnie zaburzoną samoocenę, szuka akceptacji  poprzez niewłaściwe zachowania, szkoła służy tylko do tego, aby zjeść ciepły posiłek i przesiedzieć w ławce średnio 6h dziennie. W domu siedzi nad lekcjami godzinami i jeszcze ich nie zrobi wcale, albo byle jak, żeby było tylko coś napisane. To wszystko okraszone niezadowoleniem  rodziców, bo znowu nie zdążył czegoś przepisać, dostał jedynkę i uwagę, że nie uważał na zajęciach tylko bawił się samochodzikiem. Doba  dla takiego dziecka pozostawionego samemu sobie musi być dołująca. Depresja w wieku nastoletnim, murowana.
Czasem takie dziecko trafi na wychowawcę bądź „przedmiotowca”, z którym złapie dobry kontakt i to dla niego będzie chciał zdobywać sukcesy, a ów nauczyciel mądrze poprowadzi go przez trudy szkoły.
    Drugi typ jest ich przeciwieństwem, czyli rodzice, którzy ściśle współpracują z nauczycielami, rodzice  którzy walczą o swoje dziecko,  rodzice stwarzający możliwość odnoszenia sukcesów swojemu dziecku, pracujący z poradniami psychologiczno - pedagogicznymi, poza szkołą uczestniczą w różnych terapiach stymulujących rozwój ich dziecka, doceniający wysiłek dziecka, ich małe i wielkie sukcesy. Dla nich 3 z minusem to powód na zorganizowanie rodzinnego wypadu na pizzę czy lody.
    Takie dziecko w szkole  jest otwarte, chętnie się zgłasza, nie boi się porażek, chętnie wchodzi w relacje z rówieśnikami podczas przerw, zna swoje mocne strony i stara się na nich bazować. Po prostu patrzy się na takie dziecko i widzi się, że jest szczęśliwe.
Żeby to osiągnąć przy dziecku z jakimkolwiek zaburzeniem, kosztuje to wiele czasu, nerwów, prób i błędów, a przede wszystkim pracy i zaangażowania rodzica. Dla tych rodziców szkoła to koszmar, bo też nie każdy nauczyciel rozumie problem, nie każdy nauczyciel potrafi efektywnie współpracować, albo rodzic nie zdaje sobie sprawy, jak ważna jest wspólna współpraca i przyjmuje postawę roszczeniową, co na nikogo korzystnie nie wpływa.


Wspieraj swoje dziecko

  Z pewnością dziecko dysfunkcyjne nie może być pozostawione samemu sobie, na zasadzie "nie spakujesz zeszytu, to ty dostaniesz jedynkę", "nie nauczysz się tabliczki mnożenia, to ty będziesz miał potem zaległości" itp. To dziecko potrzebuje Was drodzy Rodzice, Waszej akceptacji i pomocy. To dziecko samo nie rozumie, dlaczego tabliczka mnożenia jest dla niego taka trudna, że literki wyglądają jak kulfony i nie trzymają się liniatury. Ono nie ma pojęcia z czym wiążę się Wasz argument ”…bo nie zdasz do następnej klasy”.
   Chylę czoła przed rodzicami, którzy wspierają swoje dzieci w procesie edukacyjnym. Ocena nie jest wykładnikiem wiedzy Waszych dzieci i umiejętności. Wy wiecie jak wspaniałe jest Wasze dziecko. Wy najlepiej wiecie jaki wysiłek wspólnie podjęliście, aby osiągnąć Wasz sukces.
   Kiedy napotykam na swojej drodze takiego rodzica, jest dla mnie kimś wielkim, tak jak wielki jest dla mnie psycholog i pedagog szkolny, który walczy o swoich uczniów …a takich mało.


   Mądrze słuchajcie swoich dzieci, kiedy wołają o Waszą pomoc (bezpośrednio czy pośrednio), w szczególności tych dzieci, które rozpoczynają swoją przygodę ze szkolną ławką.
   Szkoła sama w sobie, bez Waszej pomocy nie pomoże Waszym dzieciom. Niestety mamy taki system szkolnictwa jaki mamy, i często to my rodzice szukamy narzędzi jak wspomóc i uatrakcyjnić naukę naszym dzieciom w zależności od ich potrzeb i zdolności. Dzieci utalentowane również mają w szkołach państwowych pod górkę i rodzice muszą zaangażować się w ich rozwój.

  
Wspierajmy swoje dzieci, pokazujmy jak jesteśmy z nich dumni, interesujmy się ich życiem szkolnym.


23 komentarze:

  1. Madziu, mądre słowa. Odbieram je bardzo osobiście jako matka dzieci: dysfunkcyjnego, zdolnego i ambitnego ;) Mnie najbardziej zabolał brak reakcji szkoły na podane na talerzu opinie. Zareagowali prawie dwa lata później. I to raczej działanie nowego pedagoga szkolnego. Tym razem szkoła mnie zaskoczyła, kierując nas na badania do poradni, z wnioskiem o wydłużenie czasu pisania sprawdzianu szóstoklasistów. I panikuję, bo mam dziecko o nadprzeciętnej inteligencji, z niesamowitą pamięcią i umiejętnością logicznego myślenia, które testy psychologiczne przechodzi śpiewająco, ale nie potrafi skoncentrować się i przelać myśli na papier. Panicznie boję się kolejnych etapów edukacji. I ze wstydem przyznaję, że nad lekcjami spędzam czas tylko z jednym dzieckiem z trojga. I tylko to jedno dziecko kontroluję.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ewo, coś czuję, że dopiero odetchniesz po maturze :) więc długa droga przed Tobą. Nie wiem jaka sytuacja jest dokładnie, ale z praktyki wiem, że dla dzieci z brakiem koncentracji wydłużenie czasu nic nie daję, a wręcz przeciwnie...ale tak działają poradnie. To w niej są psycholodzy a do nas nauczycieli kierują dziecko z zaleceniami i mają problem z głowy, i my nie psycholodzy a mamy sobie z tymi problemami poradzić. Spotkałam się kiedyś z tym, że opinie ucznia były kopią opinii innej uczennicy i z pospiechu nie zmienili imienia i nazwiska.Wszędzie jest różnie, też nie można generalizować. Nie wiem jak jest w Sz-nie, bo kiedy się wyprowadzałam, moje dysfunkcyjne dziecko było w pierwszej klasie i tak jak wspomniałam, uczyłam się ją akceptować i pracować z nią. Tu na miejscu gdzie teraz mieszkam, poradnia przyjmuje na regularne spotkania rodzica mającego problemy, a także dzieci czy młodzież. Zapytaj u siebie, może uzyskasz jakieś wsparcie. Niestety my też skupiamy cała naszą uwagę na starszej córce. Młodsze dzieci obserwują i rośnie w nich strach, że będą miały takie same problemy w szkole jak starsza. Dopiero jak średnia poszła do szkoły, zdałam sobie sprawę, jak to rzutuję też na nich. Jeżeli będziesz miała ochotę pożalić się, popisać ( czasem to pomoga) pisz na maila.W miarę możliwości pomogę i wesprę. A tak na co dzień, daj sobie i dziecku czasem odetchnąć od tej szkoły, przecież są ważniejsze rzeczy w życiu, Wasza miłość, uśmiech i radość z tego, że jesteście zdrowi. Nie daj szkole zniszczyć swojej rodziny, o którą tak dbasz i pielęgnujesz. Czasem sama w amoku wrzasków, powtarzam sobie to jak mantrę i kończę dzień wtulona w nasze dzieci. Pozdrawiam mocno mój ukochany Sz-n ♥

      Usuń
  2. nie mam siły zagłębiać się w szczegóły, ale zasadniczo, w ogóle i w szczególe masz rację. walka rodziców zaczyna się juz w zerówce, a dzieci nie są w stanie ponieść takiego brzemienia. najgorsze, co można zrobić, to dokonywać porównań nie mając ku temu podstaw.
    a nishka pisze bardzo wąsko, ogranicza się tylko do własnych doświadczeń, dlatego aż mną trzęsie, kiedy ktoś podaje ją za przykład (oczywiście rozumiem, że u ciebie był to punkt wyjścia)

    OdpowiedzUsuń
  3. Tak dokładnie, artykuł Nishki to tylko punkt wyjścia. Cżęsto myślę, aby pisać więcej o szkole , z perspektywy rodzica i nauczyciela, ale podejrzewam,że rodzice już"rzygają"szkołą, i nie będą chcieli mnie czytać. Tym tekstem zaryzykowałam, bo nie mogłam nie bronić tych, rodziców, którzy wyją nad zeszytami z pracą domową razem z dzieckiem.
    Dzięki, że odkurzyłaś kropkę i tu zaglądasz

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie rzygają. Wręcz czekają, Kropko.

      Usuń
    2. Chyba zostaniesz moim motywatorem :*

      Usuń
    3. podbijam amishę! monotonia to morderstwo dla ciekawego życia, ale raz na jakiś czas post "nauczycielski" byłby całkiem przyjemnym doświadczeniem, skoro my, rodzice, nie jesteśmy w stanie wyobrazić sobie świata po drugiej stronie katedry

      Usuń
  4. Przerażające podejście do dziecka - zostawić samo sobie! Czego rodzic uczy w ten sposób ? Chyba tylko tego, że w razie problemów zostaje się samemu i nie ma co liczyć na pomoc. I to niestety jest wniosek, który dziecko wyciągnie nie tylko w kontekście szkolnej ławki, tylko w kontekście całego życia. Bardzo mało jest rodziców wspierających i w pełni odpowiedzialnych za swoje dziecko, co mam możliwość obserwowania w szkole, w której pracuję, Większość przynosi opinię z poradni i WYMAGA zajęcia się dzieckiem, pomijając kompletnie fakt, że wśród zaleceń jest punkt dotyczący pracy z dzieckiem w domu. Nie da się ograniczyć pracy z uczniem wymagającym ( tym zdolnym czy tym słabym ) wyłącznie do szkoły. Moja metodyczka często powtarzała na swoich zajęciach - konia można doprowadzić do wodopoju, ale napić musi się sam. Sam , czy z rodzicem - ale w domu, własną praca i poświęceniem. Mam wrażenie,że ostatnio coraz częściej rodzice przyprowadzając dziecko do szkoły po prostu chcą je "mieć z głowy" i za nic w świecie nie chcą przyjąć do wiadomości, że sami też powinni włączyć się w cały proces edukacyjny. Jestem mamą i nauczycielem, patrzę na problem szkoły jako rodzic i jako pracownik i nie mam pozytywnych wniosków. Pozdrawiam - M.

    OdpowiedzUsuń
  5. Bardzo fajne porównanie z tym wodopojem :) I zdecydowanie się zgadzam, dość duża część rodziców, ma spore wymagania do nas a sami sobie nie radzą w domu z wychowywaniem młodego człowieka. Kiedy pracowałam w gimnazjum, otwarcie rodzic na spotkaniu mówił"ja już nie wiem co robić z tym moim dzieckiem", a ja mam 30 takich i muszę wiedzieć co zrobić i ich jeszcze nauczyć :)
    U mnie niestety też wiele negatywnych wniosków, ale staram się być dobrym człowiekiem jako belfer.

    OdpowiedzUsuń
  6. Nie umiałabym pozostawić dziecka samego sobie w szkolnych zmaganiach (ba, żadnych). Ja najpierw wymagam od siebie, a potem od nauczyciela. Wymagania wobec dziecka to już inna sprawa. Uczę swojego, by był obowiązkowy, sam zabierał się za lekcje i pamiętał co ma odrobić, ale oczywiście jeszcze go kontroluję i sprawdzam. Pomagam, podpowiadam jak trzeba. I on lubi jak jestem obok, gdy się uczy :-). Z różnym skutkiem ta moja asysta, bo to za moją cudowną sprawką Oli ma już i 3 i 2 i 1 - to ostatnie za brak pracy domowej. On zapomniał, przeoczył, a ja nie zauważyłam zaznaczonej strony. Tragedia? Wcale :-). Zadanie odrobiliśmy i już. Lubię asystować Olkowi w jego szkolnych poczynaniach. Zawsze będzie mógł na mnie i tatę liczyć. A teraz idę przeczytać tę Nishkę.

    OdpowiedzUsuń
  7. Tragedia? Owszem żadna :) Jak dobrze, że chłopaki Was mają a Wy ich. Spokojnego dnia,może dziś nie ma dużo zadane ;)

    OdpowiedzUsuń
  8. Kochana... w końcu Cię namierzyłam ;-) Buziaki!!

    OdpowiedzUsuń
  9. Madziu, prawie się popłakałam na koniec Twojego artykułu, kiedy piszesz, że dziecko wspierane przez rodziców jest dzieckiem szczęśliwym, znającym swoją wartość, nie bojącym się zgłaszać i otwartym... Moja Mańka, nigdy nie była dzieckiem ambitnym na niczym jej nie zależało (cóż taki typ), a szkoła mimo, że prywatna sprawdzała się w innych kwestiach, niż wsparcie dla dziecka dysfunkcyjnego:(
    1.5 roku temu przeniosłam ją do innej szkoły(integracyjnej) - nie powiem, że to cud-miód, ale TA szkoła+ wszystkie zajęcia, terapie, miliony opinii i zaleceń + owe lody za 3- dla młodej sprawiły, że Martyna nie odpuszcza żadnych konkursów - sama z siebie, a po pół roku bycia w nowej szkole w kolejnym roku została zastępcą gospodarza klasy.
    Nie wyobrażam sobie zostawić dziecka sam na sam z lekcjami - dysfunkcyjnego czy nie, ale z różnych powodów ludzie tak robią, apóźniej dzieciaki nie zdają w podstawówce i to nie z powodu swojej głupoty...
    pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ela, pamiętam nasze rozmowy. Wiem, że miałaś mnie za maniaka, ale teraz chyba wiesz, co miałam na myśli. Każde dziecko jest wspaniałe i w każdym można znaleźć dobre cechy i na nich bazować. Cieszę się, że zmiana wyszła Mańce na dobre, bo wiem, że się tego bałaś. Pozdrowienia dla Was ♥

      Usuń
  10. niestety jeżeli to ta Nisha o której myślę.....to jedna z tych blogerek które raczej omijam, nie kupuje tego co tam wypisuje. Jej filozfia życia działa na mnie jak płachta na byka więc tam nie zaglądam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ten komentarz został usunięty przez autora.

      Usuń
    2. "Bynajmniej" nie oznacza tego samego, co "Przynajmniej". "Bynajmniej" to "wręcz przeciwnie". Proszę, sprawdźmy czasem pewne podstawowe pojęcia z zakresu języka polskiego, jeśli decydujemy się pisać bloga, a nauczyciele szczególnie powinni zwrócić na to uwagę, ponieważ kształtują pewne (w tym przypadku złe) nawyki wśród młodzieży szkolnej.

      Usuń
    3. Poprawiony :)

      To jeden ze sposobów, aby wywiązała się dyskusja, wpuścić tekst skrajny, budzący emocje a liczba odsłon rośnie:) Przyznam się szczerze, że jej tekst wykorzystałam, ale wykorzystałam by napisać do rodziców mądry tekst, wnoszący coś dobrego...taki przynajmniej miałam zamiar.
      ... za to, dziękuję,że zaglądasz do mnie :)

      Usuń
  11. Anonimie, miło, że zajrzałeś i dziękuję za lekcję. Już poprawiam błąd.
    A mój blog, moje podwórko i nie Tobie mój drogi Anonimie decydować, kto i jak ma pisać własnego bloga. A ja jestem tylko człowiekiem i w dodatku nie polonistą, a wręcz przeciwnie. Jak to mówi moja znajoma,jak na umysł ścisły masz niezłą lekkość w pisaniu :) A swoich uczniów uczę, że nie jestem chodząco alfą i omegą, tak jak każdy i ja mam prawo się pomylić, czy czegoś nie wiedzieć i wcale się tego nie wstydzę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję. Tu nie chodzi o alfę i omegę. To podstawy, takie same, jak znajomość słów "proszę", "dziękuję" i "przepraszam", jak świadomość, gdzie leży Polska na mapie i kto jest prezydentem kraju. Ja również nie jestem polonistą, ale to nie zwalnia wszystkich tych, którzy nie są filologami, z zachowania czystości i poprawności języka. Nie gódźmy się na zalewanie internetu błędami tylko dlatego, że blog nie jest najwyższych lotów formą literacką uprawianą przez profesorów polonistyki.

      Usuń
  12. Gdybym się godziła, nie poprawiłabym błędu.
    Nawet nie wiesz jak się cieszę, że nie czytałeś zaraz po opublikowaniu mojego poprzedniego wpisu.
    Wpadła mi w biegu nie wiem skąd dżemka zamiast drzemki, wtedy dopiero byś mi dał Anonimie do wiwatu :)

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za pozostawiony ślad.